Z głośników płyną nieustannie piosenki Edith Piaf i Charles'a Aznavoura. Na ścianach fototapety z panoramami Paryża. Stoliki ściśnięto jeden obok drugiego, w karcie żabie udka, ślimaki i foie gras. Nawet w toalecie wisi autentyczny francuski akordeon, który w czasach świetności dobywał z siebie dźwięki musette. 

Dla topniejącej garstki warszawskich frankofilów będzie to wszystko miało jednak walor sentymentalny. W tej bowiem właśnie okolicy, w pierzei ulicy Świętokrzyskiej, między Emilii Plater a rondem ONZ, mieścił się przez lata Instytut Francuski, który w czasach PRL był dla nas witryną wolnego, zachodniego, eleganckiego świata. Bywanie na spotkaniach z francuskimi pisarzami, artystami i dziennikarzami, lekcje języka Balzaca, korzystanie z biblioteki należały do dobrego tonu. Po roku 1989 inicjatywę przejęły instytucje amerykańskie, Instytut Goethego i British Council, które w krótkim czasie doprowadziły do tego, że znajomość francuskiego zaczęła w Polsce zanikać, a francuska kultura stała się niemal nieobecna. Ale to nie tylko wina anglosaskiej ekspansji. Marianna nad podziw szybko przestała się interesować swymi przybranymi nadwiślańskimi dziećmi, do tego stopnia, że nawet pośród języków romańskich bardziej popularnym od francuskiego stał się hiszpański. Nie mówiąc już o francuskiej kuchni, która dała się pokonać włoskiej, katalońskiej czy arabskiej. W to, że nowoczesne polskie gotowanie stworzył francuski kucharz Tremo, gotujący dla Stanisława Augusta, nikt już chyba dzisiaj nie wierzy.

Otwarcie bistra Saint Jacques francuskiej wiosny w Warszawie nie czyni. 

Mamy już przecież świetne francuskie adresy, R22 na Rozbrat czy Bistro de Paris na placu Piłsudskiego. To są lokale aspirujące do kuchni wysokiej, Saint Jacques proponuje raczej standardy. W te zimne dni sprawdza się dobrze kociołek fondue z sera (44 zł) dla dwóch osób. Zawiesisty, esencjonalny smak, dużo energii i zabawy. Może tylko od razu warto zamówić więcej bagietki i chyba niekoniecznie opiekanej, bo wtedy łatwiej wchłaniać będzie sos. Ślimaki po burgundzku bez skorupek, za to w maśle czosnkowo-ziołowym (24 zł) - dobre, ale bez szaleństwa. Dużo smaczniejsze wydały mi się panierowane i smażone w głębokim tłuszczu żabie udka (26 zł). Delikatne i tłuściutkie. Z klasą podano też terrinę z foie gras (42 zł) na grzance, dekorowanej sałatką z melona i ananasa. Jak przystało na knajpę mającą w klejnocie herbowym św. Jakuba małże jego imienia (32 zł) przyrządzono w punkt. Pojawiły się na stole grillowane, leżące na modnie rozmazanym kleksie z puree kalafiorowo-jabłkowego. Zupa grzybowa (18 zł) była wytwornie skromna, arystokratycznie podciągnięta kilkoma kroplami oliwy truflowej. Za to zupa rybna (25 zł) to już autentyczne chef d'oeuvre, czyli arcydzieło. Sprężyste kąski ośmiornicy wyglądały zupełnie nadzwyczajnie w kardynalskich czerwieniach bulionu, podkręconego pomidorami. Pośród dań głównych nie zawiedzie was filet z żabnicy (42 zł), podany na sałatce z radicchio i truskawek z orzeszkami pioniowymi i karmelizowaną marchewką. W ciemno można też zamawiać duszone i kleiste mięso z giczy cielęcej (44 zł) z posiekanymi warzywami. Towarzyszyło im puree z ziemniaków z kroplą truflowej oliwy. Do poprawki odesłałem natomiast confit de canard, czyli duszone udko kacze (49 zł). Było suche, bez smaku i naprawdę poniżej poziomu, który szef kuchni zaprezentował wcześniej. Na szczęście zrehabilitował się puszystym musem z czekolady z owocami wiśni i zielonym sosem bazyliowym (21 zł). To był piękny finał.

Kilka miesięcy temu wdałem się w mało przyjemną wymianę zdań z francuskim dyplomatą z ambasady na Pięknej, na którego wpadłem przy jakiejś towarzyskiej okazji. Najpierw zachwycił się, że umiem porozumiewać się w języku współczesnych Gallów, a gdy zapytałem się, czy on z kolei zna polski, odparł, że to bardzo trudne. - Dla Polaków francuski trudny jest nie mniej. - Ale po co mam się uczyć polskiego, skoro i tak wkrótce stąd wyjadę. Ja nawet tłumaczyłem na quai d'Orsay, że wolałbym pracować w jakimś innym kraju... No, skoro tak sobie z nami pogrywacie, panowie Francuzi, to się nie dziwcie, że confit de canard bywa tutaj do dupy.

Saint Jacques, ul. Świętokrzyska 34, tel. 22 620 25 31, można płacić kartą, dostępne dla osób na wózkach, szef kuchni: Wojciech Kilian